More eco & less stress

Podatki są ciekawe, podatki są potrzebne, ale … podatki są trudne. I bywają stresujące. Po 12 latach  pracy z podatkami intuicyjnie poczułam, że potrzebuję czegoś dla równowagi. Wbrew pozorom podatki są dziedziną bardzo abstrakcyjną. Owszem, stają się realne, gdy trzeba je zapłacić. Bardziej wtajemniczone osoby wiedzą jednak, że zaawansowane tematy podatkowe potrafią być mocno niedookreślone, że analizując je poruszamy się na nierzeczywistych płaszczyznach werbalno- logicznych. Generalnie odnoszę wrażenie, że ludzie poprzez bardzo wąskie specjalizacje dość mocno oderwali się od rzeczywistości. Ich abstrakcyjny świat mieści się w ich głowach, komputerach i smartfonach. Uciekliśmy od naturalnego świata, zapominając, że jesteśmy jego integralną częścią i tym samym uciec nie bardzo mamy dokąd. Nie będę ukrywać, że odrealnienie mnie też dotyczyło. Moja głowa była już całkowicie „opodatkowana”, za to przestałam orientować się w cenach produktów w sklepie spożywczym. Dotarło do mnie wtedy, że nie chcę dłużej żyć w matriksie. Postanowiłam zejść na ziemię i oprócz pracy doradcy podatkowego, którą cały czas wykonuję, zająć się czymś prawdziwym, czymś, co naprawdę ma znaczenie. Ja akurat wybrałam dla siebie ekologię i świadomą redukcję stresu. Wydawać by się mogło, że te dwa obszary, czyli eco i less stress to odrębne zagadnienia, ale jak się okazało – dla mnie one są mocno zintegrowane, a już na pewno nie muszą być rozłączne.
ECO
LESS STRESS
Eco
 
W zasadzie zawsze byłam pro-eco, ale coś we mnie drgnęło, gdy zobaczyłam to słynne już zdjęcie:
 
Źródło: Europejska Agencja Środowiska
 
Polska najbardziej zanieczyszczonym krajem Europy. Przecież nikt obcy nam tego nie zrobił, tym razem nie mamy nawet kogo obwinić, co jako społeczeństwo czynimy nader chętnie. Zrobiliśmy to sobie sami, ktoś z nas mniej, ktoś więcej, ale jednak każdy po troszeczku. W pewnym sensie cieszę się, że ta czara goryczy w związku z zanieczyszczeniem powietrza się przelała. Bo dopiero ta czerwona plama na mapie Europy zwróciła uwagę na ogromny problem smogu w Polsce, który, jako silny alergik, odczuwałam już kilka lat temu, kiedy temat nie pojawiał się jeszcze w mediach. Nie chodzi mi absolutnie o to, aby od razu stać się ekologicznym radykałem (żaden radykalizm nie jest dobry), ale uważam, że nie ma innej drogi naprawy tej sytuacji niż poszerzanie świadomości. Popieram to, co robią niektóre organizacje ekologiczne, dlatego mogę je wspierać na tyle, na ile potrafię. Nie każdy jednak ma potencjał czy chociażby czas, aby od razu stać się w pełni zaangażowanym działaczem, co więcej - uważam, że nie każdy musi być aktywny od razu w ramach organizacji. Naprawdę metodą małych kroków, za to wspólnie, też można zrobić całkiem sporo. Co istotne - także w przypadku tych największych organizacji, aby ich działalność przynosiła efekty, potrzebny jest odzew dla ich działań „na górze” czyli u polityków i „na dole”, czyli u zwykłych ludzi. Ponieważ ja akurat staram się trzymać od polityki z daleka – pozostaje mi „praca organiczna u podstaw” ;-)
Wydaje się czasem, że to, co ekologiczne musi być utrudnieniem, że musi być droższe, że nie mamy czasu, aby sobie czymś takim zawracać głowę, że tych plastikowych butelek i tak są już miliardy, więc jedna więcej już bardziej nie zaszkodzi. W matematycznym skrócie można by to przedstawić w ten sposób:
 
ECOEGO
Uważam jednak, że jak najbardziej prawdziwe może być  równanie:
ECO = EGO
 
Dlaczego?
• bo żyjąc w czystszym środowisku jesteśmy zdrowsi
• bo robiąc coś dobrego dowartościowujemy samych siebie
• bo możemy wybrać opcję i nie jeść naszych przyjaciół – zwierząt
• bo nie chcemy zostawiać śmietnika następnym pokoleniom
• bo „kochasz dzieci – nie pal śmieci”
• bo z biologicznego punktu widzenia jesteśmy tylko ssakami - dlatego oszukiwanie się, że jesteśmy czymś/kimś nadrzędnym wobec przyrody nie ma najmniejszych szans, żeby mogło się udać
• bo życie w zgodzie i w bliskości z naturą koi zmysły i uspokaja naszą psychikę
• bo przyroda jest piękna a obcowanie z pięknymi rzeczami czyni nas po prostu szczęśliwszymi
Jeżeli teraz ktoś będzie mnie chciał nazwać egoistką - nie mam nic przeciwko ;-) Podobno został nawet już ukuty nowy termin – ekoista, ale nie bardzo mi się on podoba. I wolę pozostać egoistką we wskazanym powyżej kontekście.
Less is more
- more or less ;-)
 
Nie chcę sporządzać listy oczywistości, typu zabieranie materiałowej torby na zakupy czy gaszenie zbędnego światła. W skrócie popieram wszystko, co zostało zamieszczone na załączonym obrazku:
 
 
Nie jestem przy tym eko- świrem i nie zrezygnuję z niektórych udogodnień cywilizacyjnych. Może właśnie na zasadzie mniej znaczy więcej skupię się tylko na trzech sprawach: eliminacji nadmiernej konsumpcji, redukcji smogu  i ograniczeniu jedzenia mięsa.
Podsumowanie postawy more eco może być chyba tylko jedno:
 
NIE RÓBMY JEJ KRZYWDY. ONA JEST TAKA PIĘKNA ... 
 
 
 
Znam to bardzo dobrze Ten tysiąc powodów, dlaczego powinnam coś kupić (oprócz sytuacji, gdy rzeczywiście powinnam) :
• na poprawę humoru
• bo miałam ciężki dzień
• bo mogę sobie na to pozwolić
• bo nie po to pracuję, żebym musiała sobie wszystkiego odmawiać
• bo takiej sukienki jeszcze nie miałam
• bo koleżanka sobie kupiła, a ja nie mogę być gorsza
• bo jest okazja/ wyprzedaż
• bo po prostu mam ochotę coś sobie kupić
• itd. , itp.
Otrzeźwienie przyszło w momencie, gdy zaczęłam wyrzucać rzeczy jeszcze z metkami – tzn. takie, których nie miałam ani razu na sobie. Wyrzucałam je, ponieważ w szafie potrzebne było miejsce na nowe, a te rzeczy, kupione 2-3 lata wcześniej albo przestały mi pasować, albo zdążyły wyjść z mody i wiedziałam już, że ich nie założę. To był taki must have 2-3 lata temu, a teraz są już inne must have’y.
No właśnie, co to jest ten must have?
Teraz już wiem, że must have to ciepła kurtka na zimę. No OK, dla kobiety dobre szpilki także są must have Oczywiście dla osób aktywnych zawodowo must have’m będzie dobry garnitur lub dobry kostium. I jeszcze kilka innych rzeczy to dla każdego człowieka jest must have.
Ale czy np. takie buty to na pewno jest must have?
 
 
Samo to, że wyrzuciłam rzeczy, które wcześniej uważałam za must have, świadczy o tym, że jednak prawdziwy must have to nie był. Muszę jednak przyznać, że sformułowanie must have, to niezły chwyt marketingowy. Kupienie must have’a sprawia nam natychmiastową przyjemność i chyba podnosi poczucie naszej wartości. Na 5 minut ;-)
Nadmierna konsumpcja dotyczy przede wszystkim odzieży, ale nie tylko. Także kosmetyków, artykułów interior design, w zasadzie wszystkich nieprzemyślanych zakupów.
Jest jednak nadzieja - mam wrażenie, że coraz więcej osób jest poirytowanych światem opartym na rozbuchanej konsumpcji, a także ocenianiu czyjegoś statusu przez pryzmat tego, co ktoś posiada. Generalnie konkluzja jest taka - jesteśmy zbyt inteligentni, aby żyć w tak bezrefleksyjny sposób. Nie po to włożyliśmy tyle wysiłku w nasze wykształcenie i nie po to pracujemy tak ciężko, aby kupując kolejny must have budować finansowe imperia globalnych korporacji. Dlatego chyba pora przestawić myślenie na:
 
„THERE ARE TWO WAYS TO GET ENOUGH. ONE IS TO CONTINUE TO ACCUMULATE MORE. THE OTHER IS TO DESIRE LESS” – G.K. CHESTERTON
 
 
To świetne hasło. Odkąd je zrozumiałam, czuję się naprawdę uwolniona od przymusu posiadania kolejnych i kolejnych rzeczy. Wolę wydać pieniądze na to, co jest mi potrzebne, a nie na must have’y. W ogóle kupuję mniej. To, że więcej pieniędzy zostaje na koncie albo mogę wydać je na rzeczy, które naprawdę sprawiają mi radość - to już tylko przyjemny efekt uboczny.
No i jest jeszcze ten aspekt ekologiczny, o którym przede wszystkim chciałam tu napisać.
Na uprawę bawełny konwencjonalnej przypada około 25% środków owadobójczych i ponad 10% wszystkich pestycydów używanych na świecie.
 
Ponieważ problem z nadużywaniem środków chemicznych wykorzystywanych do uprawy bawełny został dostrzeżony, coraz częściej producenci zachwalają swoje wyroby hasłem: wyprodukowano z bawełny organicznej. OK, to już dobrze, że w ogóle los środowiska naturalnego nie jest im całkiem obojętny i chcą w ten sposób budować swój pozytywny wizerunek. (O ile nie jest to jedynie puste zjawisko greenwashingu).
 
Organiczna bawełna pozyskiwana jest z upraw ekologicznych, w których nie stosuje się chemicznych środków ochrony roślin i nawozów sztucznych, nie kumuluje więc ona szkodliwych substancji.Czy kupowanie bawełny organicznej rozwiązuje problem? No nie do końca. Nawet jeśli bawełna jest organiczna, to ta bawełna:
- musiała zostać wyhodowana – co prowadzi do wyjałowienia gleby,
-została przerobiona z użyciem energii elektrycznej, co generuje CO2 i inne zanieczyszczenia
- następnie została pofarbowana z wykorzystaniem chemicznych barwników, które na skutek płukania w tysiącach litrów czystej wody ostatecznie trafiły do wód powierzchniowych i gruntowych,
- na koniec gotowe wyroby zostały zapakowane i przetransportowane do magazynów i do sklepów.
 
Nie ma produkcji odzieży, która nie generowałaby zanieczyszczeń. Czyli kupując bawełnę organiczną – jest tylko trochę lepiej.
Jeżeli tkaniną, z której wykonano nasze ubranie jest bawełna, to i tak pół biedy, ponieważ się rozłoży.
Większość tkanin - np. taki poliester – jest sztuczna. Wiele osób nie zdaje sobie nawet sprawy, że do produkcji poliestru potrzebne są substancje ropopochodne. W procesie produkcji surowiec jest przetapiany. Poliester to nie mniej nie więcej tylko taki plastik. A jak wiadomo:
 
PLASTIC IS NOT FANTASTIC
 
Na koniec powstaje oczywiście dużo odpadów, które podlegają wolnemu rozkładowi zanieczyszczając środowisko na wiele setek lat.W kontekście plastiku mówi się o zanieczyszczeniu mórz i oceanów. Przychodzą nam wtedy na myśl plastikowe torby i butelki. Tymczasem okazuje się, że plastik w morzach i oceanach to także włókna materiałów sztucznych, czyli m.in. poliestru, które dostają się do wody podczas prania i płukania tkanin. Na co dzień w ogóle się o tym nie myśli.
W tej całej idei ograniczenia konsumpcji absolutnie nie chodzi o to, żeby nie kupować niczego i donaszać 10-letnie koszule. Trzeba przecież porządnie wyglądać, to też normalne, że każdy w szczególnych dla siebie momentach chce wyglądać atrakcyjnie - czasem bez nowej rzeczy się nie obejdzie. Chodzi o to, żeby kupować świadomie, a nie z jednego z tych tysiąca powodów, wymienionych na początku.
Zwracając uwagę na konieczność ograniczenia konsumpcji, ja nie odkrywam Ameryki. Nie jestem pierwszą osobą, do której świadomości dotarła idea kupowania mniej. Dziwi mnie jednak, że o ile mówi się o zachowaniach proekologicznych jako o konieczności ograniczenia opakowań, o segregacji odpadów, o normach emisji spalin itd., itp., to o redukcji konsumpcji jako o zagadnieniu samemu w sobie mówi się naprawdę bardzo niewiele. Odnoszę raczej wrażenie, że w dalszym ciągu wszystko do nas krzyczy:
 
                                      buy me!                      buy me!
                                buy me!
 
Branża marketingu i reklamy działa bardzo prężnie ;-)
 
Istnieją też opinie, że ograniczenie konsumpcji zmniejszy PKB, a przecież wszyscy potrzebujemy jego wzrostu do ogólnego rozwoju. Po pierwsze nie wierzę w nagłe tąpnięcie PKD. Nie sądzę, aby w jednym momencie całe społeczeństwo przestawiło się na minimalistyczne podejście do życia. Po drugie – rynek nie znosi próżni i najprawdopodobniej z racji tego, że kupowano by mniej rzeczy, ale za to trwalszych, lepszych jakościowo, czyli siłą rzeczy droższych - spowodowałoby to jedynie redystrybucję dochodów po stronie sprzedawców tych towarów. A po trzecie już dość dawno dostrzeżono problem niedoskonałości miernika, jakim jest PKD, ponieważ przykładowo Robert Kennedy (brat JFK) powiedział, że PKB mierzy wszystko oprócz tego, co wartościowe… I chyba coś jest na rzeczy, ponieważ coraz częściej zastępuje się PKD miernikiem jakości życia, który określa się na podstawie takich parametrów jak: zdrowie mieszkańców , czystość powietrza, komunikacja, edukacja itp.
 
Oczywiście wyższy PKB to także wyższe wpływy z podatków i to chyba też wyjaśnia, dlaczego postawa polegająca na ograniczeniu konsumpcji może być uznana za ... nieetyczną?
A czy przypadkiem bardziej nieetyczne nie jest to, co naprawdę stoi za produkcją tanich dóbr konsumpcyjnych – wykorzystywanie pracowników z najuboższych regionów świata i dewastacja środowiska?
 
Może się komuś wydawać, że ten problem zanieczyszczenia środowiska powstaje gdzieś indziej – gdzieś w odległym Bangladeszu. Ale to nieprawda, to tylko oszukiwanie się. Wszyscy jesteśmy połączeni.
 
 
Na koniec dodajmy, że o potrzebie zmiany świadomości i odejściu od konsumpcjonizmu pisze także papież Franciszek w swojej encyklice. Polecam każdemu jej lekturę – całkowicie niezależnie od orientacji religijnej. Taka mądra encyklika, a taki mały na nią odzew. Szkoda.
 
Redukcja smogu
 
Na początku każdego roku wiele miejsc w Polsce wygląda tak:
 
 
Za to wielu ludzi na ulicach (w tym ja) zaopatrzonych jest w przydatny atrybut, jakim była maska przeciwpyłowa. Naprawdę nie jest to wybór podyktowany modą.
 
POLACY – NARÓD O ŻELAZNYCH PŁUCACH!
 
To oczywiście mocno ironicznie powiedziane, bo nie mamy innych płuc niż Holendrzy, Francuzi czy Niemcy.
Co ciekawe, za zdecydowaną większość zanieczyszczeń powietrza w naszym kraju wcale nie odpowiadają samochody ani przemysł, tylko niska emisja z domowego ogrzewania. A za niską emisję odpowiedzialne jest głównie nasze „czarne złoto”
 
#NIECHCEMYUMIERACZAWEGIEL
# WEDON’TWANTDIEFORCOAL
 
Dlaczego mamy w milczeniu i pokorze to tolerować. I chorować. Oczekuje się od nas wyśrubowanych wyników, bycia high performerem, tylko jak  mamy to osiągać, skoro chodzimy ciągle jak struci.  Jak dzieci mają się dobrze uczyć, skoro codziennie raczone są smogiem. To powoli zakrawa na groteskę, bo wymagania w polskich szkołach są naprawdę wysokie. I mogę wyobrazić sobie takiego licealistę lub studenta rozprawiającego o francuskim oświeceniu i dokładnie w tym momencie wdychającego toksyczny chemiczny koktajl. Na co mu ten Voltaire i Rousseau, skoro w wieku 40 lat poważnie zachoruje.  Oczywiście nie zachorują i nie umrą wszyscy i o tym, kogo akurat to spotkało, można wtedy powiedzieć: no, słaby był. Taka trochę Sparta ...
 
Nie potrafię niektórych rzeczy zrozumieć. Jeżeli ktoś ma w domu piec - nawet ten starego typu, dlaczego wkłada do niego wszystko co najgorsze. Dlaczego ponoć dzieci są dla niego wszystkim, a  nie rozumie hasła "kochasz dzieci- nie pal śmieci". Śmieci to  przy tym także odpady węglowe typu muły i flotokoncentraty. Dlaczego ten najgorszy opał w ogóle jest sprzedawany? Dlaczego każdy  uważa, że akurat  jego i jego dzieci żadna choroba nie spotka. Otóż, statystycznie rzecz biorąc - spotka. Naprawdę ktoś myśli, że jeżeli zaoszczędzi kilkadziesiąt złotych na wywozie śmieci, ponieważ je spalił,  oznacza to, że jest taki smart? Jeżeli ktoś wymontuje filtr cząstek stałych w swoim samochodzie z silnikiem diesla, to jest to powód do dumy i naklejenia na tylnej szybie  hasła: Diesel musi dymić?  Dlaczego to sobie robimy? Niestety nie ogarniam.
 
Ograniczenie jedzenia mięsa
 
 
Nie jestem 100 % wegetarianką. Od czasu do czasu zjem mięso, ale dzieje się to jedynie okazjonalnie. Nie będę też nikogo kategorycznie przekonywać do całkowitej rezygnacji z mięsa, bo znam argumenty, które padają podczas takich dyskusji. Zdecydowanie najbardziej z nich podoba mi się ten: MIĘSO TRZEBA JEŚĆ. I na tym rozmowa się kończy. Owszem, mięso ma niekwestionowane zalety, takie jak dostarczanie ważnych składników odżywczych, przede wszystkim białka, żelaza i witaminy B12. Jedno jest jednak pewne – ludzie jedzą mięsa zdecydowanie za dużo.
Nie tylko nie jest to dla nich zdrowe, ale jest wręcz szkodliwe. Jestem doradcą podatkowym, a nie lekarzem ani dietetykiem, nie będę zatem przytaczać quasi – naukowych argumentów, ponieważ się na tym dobrze nie znam. Nie bez powodu jednak w piramidzie żywieniowej czerwone mięso znajduje się na samej górze, jako produkt, który powinno się spożywać jak najrzadziej. I nie bez powodu WHO umieściła wędliny na liście produktów o działaniu rakotwórczym.
 
 
Czasami mam wrażenie, że wybór mięsa to po prostu pójście na łatwiznę:
- mięso jest bardzo łatwo dostępne
- przygotowanie dania z mięsa wymaga bardzo mało inicjatywy
- mięso uzależnia. A dokładnie uzależnia smak umami, który pobudza ośrodek przyjemności w naszym mózgu
- mięso było kiedyś symbolem luksusu. I chyba gdzieś w podświadomości niektórym tak zostało. Obecnie dzięki masowej produkcji mięso jest tanie. O wiele za tanie biorąc  pod uwagę ogrom cierpienia, który za tą masową produkcją stoi. Kto chce może zobaczyć #farmagedon ale osobom o słabych nerwach nie polecam
- z hodowli zwierząt rzeźnych i przemysłu mięsnego żyją w Polsce tysiące a na świecie miliony ludzi. To naprawdę wpływowa grupa. Dlatego też można się spotkać z wyrażaniem negatywnych opinii o wegetarianach i tzw. meat- reducers, jako o osobach nieszanujących tradycji. To absurd. Tak naprawdę chodzi tylko o obronę własnych interesów.

Niezmiernie ciekawe są socjologiczno- ekonomiczne uwarunkowania jedzenia mięsa. Mogę polecić tu książkę "Społeczeństwo bez mięsa" autorstwa  Jarosława Urbańskiego. Warto się zapoznać.
 
A co mięso ma wspólnego z ekologią? Otóż bardzo, bardzo dużo.
 
 
Jedzenie mięsa przez ludzi to oczywiście wydłużenie łańcucha pokarmowego, ponieważ zwierzęta  same musiały coś jeść, żeby urosnąć. Dlatego 1/3 ziemi uprawnej na świecie wykorzystywana jest do hodowli zwierząt – na uprawę roślin paszowych oraz na pastwiska. Jeżeli chodzi o ekologiczny aspekt, zdecydowanie najgorsza jest wołowina. Wytworzenie kilograma wołowiny to tona dwutlenku węgla w powietrzu. Nie wszyscy też wiedzą, że krowy emitują więcej gazów cieplarnianych niż transport. Do tego dochodzą zanieczyszczenia związane z transportem mięsa, jego przechowywaniem i przyrządzaniem. Zapytałam kiedyś mojego znajomego, dlaczego, skoro już je wołowinę,  musi być ona koniecznie argentyńska (czyli, owszem, najlepsza na świecie, ale także bardzo obciążająca dla środowiska, zwłaszcza dla południowoamerykańskich lasów, które są masowo wycinane na potrzeby hodowli bydła). Odpowiedź brzmiała: Bo lubię :-) Taka odpowiedź dość dobrze pokazuje postawę ludzi, dla których poza zaspokojeniem własnych potrzeb niewiele się liczy...
 
Wiem, że nie zdołam przekonać wszystkich do wegetarianizmu. Nie mam wcale takiego zamiaru. Zresztą, tak jak wspomniałam, sama się od tej zasady od czasu do czasu wyłamuję. Mając jednak na uwadze humanitaryzm wobec zwierząt oraz dobrostan naszej planety można przynajmniej to spożycie mięsa ograniczyć. Dlatego całą sobą popieram takie akcje, jakie na początku listopada 2017 zainicjował Paul McCartney wraz ze swoimi córkami:
 
One day a week. Meat free monday.
 
Jeżeli w naszej tradycji ktoś woli pozostać przy bezmięsnych piątkach  -  proszę bardzo, niech będzie meat free friday, pamiętając oczywiście, że ryba to też mięso.  Naprawdę nawet jeden dzień w diecie każdego człowieka robi różnicę dla środowiska. A ludziom na pewno też wyjdzie to na zdrowie.
Na koniec muszę  jeszcze wtrącić zawodową dygresję. Czytając artykuł o najbardziej absurdalnych podatkach na świecie, dowiedziałam się, że  władze Belgii, a dokładnie Walonii nałożyły podatek w wysokości 20 EUR od rozpalenia grilla.   To jeden ze sposobów na walkę z globalnym ociepleniem. Co ciekawe - obowiązek jest egzekwowany przy pomocy krążących dronów. Pomysł może wydawać się inwigilujący i restrykcyjny, mimo to jest to chyba jedyne zaostrzenie systemu podatkowego, które popieram ;-)
 
 
LESS STRESS
 
 
Do haseł wymienionych na powyższym obrazku dodałabym na pewno jeszcze dwa: DEADLINE i ASAP. Łącznie – stres w czystej formie.
Stres nie jest dobry. Stres szkodzi. Stres, a dokładnie kortyzol – hormon stresu bardzo dużo nam odbiera: zdrowie, wewnętrzny spokój, zdolność racjonalnego myślenia i działania, siły fizyczne i psychiczne, młodość, radość.
Myślę, że zwłaszcza kobiety (ale może się mylę) dodatkowo bardzo dobrze wiedzą, co oznacza pokazany poniżej czas i na pewno nie jest to czynnik łagodzący.
 
 
Jak można było oczekiwać – ponieważ wiele osób we współczesnym świecie jest mocno zestresowanych, pojawiła się też bogata oferta, jak sobie ze stresem radzić. Jest popyt – jest podaż. Dostępne są zatem podręczniki i aplikacje do bezstresowego zwiększenia produktywności - podobno wszystko jest kwestią dobrej organizacji. Tak, przeczytałam słynną książkę Getting things done. Podobała mi się … umiarkowanie.
Po tym, gdy już damy z siebie wszystko i zwiększymy naszą produktywność można dla osiągnięcia wewnętrznej równowagi uczestniczyć w zajęciach jogi, medytacji lub innych technikach mistrzów zen. Dla tych, którzy wolą więcej adrenaliny oferowane są sporty ekstremalne, spadochrony, maratony, triathlony etc., etc.
Absolutnie nie neguję pozytywnych efektów wynikających z praktykowania jogi lub medytacji. Sama mam – skromniutkie co prawda, ale jednak – doświadczenia w tym zakresie. Na pewno jednak joga i/ lub medytacja wymagają w pierwszej kolejności zatrzymania się w swoim życiu i dopiero wtedy praktyki te mogą przynieść pozytywne skutki. Problem polega na tym, że osobom rozpędzonym na ścieżce własnej kariery wciśnięcie guzika STOP nie bardzo pasuje. Ten guzik każdy z nas ma. Na szczęście! Niektórzy jednak zdają się go nie widzieć, mimo, że mruga on już bardzo intensywnie na czerwono albo też nie chcą go widzieć.

Dlatego – jak wynika z moich obserwacji, osoby intensywnie pracujące wybierają raczej równie intensywne sposoby odreagowania. Czyli sport – bieganie, udział w imprezach sportowych, co oznacza w dalszym ciągu rywalizację! Rodzaj aktywności jest co prawda inny, ale podejmowane wyzwanie tak naprawdę niewiele różni się od tych, z którymi mamy do czynienia w pracy: muszę być najlepszy/ muszę być najlepsza albo – muszę sobie coś udowodnić.

Wszystkie „dobre rady” dotyczące stresu sprowadzają się niestety też do tego, jak radzić sobie z istniejącym już stresem. Jak gdyby panowała domniemana zgoda na to, że stres jest permanentnym towarzyszem wyzwań współczesnego świata. Tak już jest i koniec. Jeżeli nie chcesz w tym uczestniczyć – nie musisz. Ze strony pracodawcy oznacza to jednak zazwyczaj jedno: dziękujemy Ci za współpracę ;-)
Czasami można spotkać się z wyznaniami typu: Rzuciłam/ rzuciłem pracę w korporacji i jestem szczęśliwa/ szczęśliwy. Rzucenie wszystkiego nie do końca jest dla mnie jednak rozwiązaniem. Nie każdy musi od razu wyprowadzać się w Bieszczady, kupić kozy i produkować ser – bo taki jest akurat przykładowy model nowej drogi życiowej osób, które wyzwoliły się z roli „korpoludka”. Ja nie zrezygnuję z pracy. Nie mam tu na myśli tylko etatu, ale generalnie profesjonalną aktywność zawodową. Żyję tu i teraz, czyli w Poznaniu. Podziwiam odwagę tych, którzy decydują się wprowadzić naprawdę radykalne zmiany w swoim życiu – czyli rzucić pracę, a następnie wyjechać w Bieszczady, kupić kozy i produkować ser. Dla większości z nas taka alternatywa jest jednak na tyle bezprzedmiotowa, że można ją sobie darować. Uwarunkowania są takie, że nie możemy sobie na to pozwolić. I też chyba nie do końca chcemy. Bo ja lubię swoją pracę. Zainwestowałam dużo czasu i wysiłku, żeby w ogóle móc ją wykonywać. Dlaczego miałabym ją rzucać? To znowu byłaby skrajność, która niekoniecznie uczyniłaby mnie szczęśliwszą. Zamiast tego proponuję …
 
THERE IS LIFE, THERE IS DEATH AND THERE IS LOVE BETWEEN THEM. NOTHING ELSE COUNTS - CHRISTINE LAGARDE, CHIEF OF THE INTERNATIONAL MONETARY FUND
 
Jako Polka muszę dodać jeszcze jedno słowo: WOLNOŚĆ. My akurat wiemy, ile ona znaczy. Czytałam kiedyś wywiad z panią Christine Lagarde i chyba na zawsze zapamiętam jej słowa. Kobieta świetnie wykształcona, piastująca jedno z najwyższych stanowisk, kobieta funkcjonująca w niełatwym męskim świecie (co podkreśla!), podejmująca decyzje, które w mniej lub bardziej pośredni sposób wpływają na życie w zasadzie każdego człowieka – ona dochodzi do wniosku, że tak naprawdę liczą się trzy rzeczy – życie, śmierć i miłość. Rozumiem to w ten sposób, że ten jej MFW i te gigantyczne pieniądze to … „tylko” praca! Naprawdę każdemu życzyłabym takiego podejścia.
W zasadzie w tym miejscu można by zakończyć dywagacje na temat radzenia sobie ze stresem. Bo – zgadzając się z panią Lagarde - najważniejszy jest zdrowy dystans, do tego, co się robi. Praca naprawdę nie jest najważniejsza. Nie oznacza to oczywiście, że praca jest nieważna – należy ją szanować i starać się wykonywać ją jak najlepiej. Wykonywanie pracy jak najlepiej nie oznacza bynajmniej tego samego, co wykonywanie jej jak najwięcej. Z pracą jest jak ze wszystkim – przy bardzo dużej jej ilości, bardzo dużej liczbie przyjmowanych na siebie zadań czy zleceń, musi ucierpieć jakość. Co gorsza – bardzo duża ilość pracy i występująca przy tym niestety często presja czasu, odbiera nam radość z jej wykonywania. Nawet jeżeli praca jest zrobiona dobrze – na koniec zamiast zadowolenia czujemy wyłącznie zmęczenie. Czy w takiej sytuacji może nam pomóc przebiegnięcie maratonu?
Receptą zatem wydaje się : nie szukać nowych intensywnych sposobów na odreagowanie silnego stresu, tylko zastosować starą, uniwersalną metodę, mówiącą, że lepiej jest zapobiegać niż leczyć – czyli starać się do tego silnego stresu nie dopuścić.
Stres – tak jak prawie wszystko- zaczyna się w głowie. Dlatego też tylko głową - dochodząc do odpowiednich wniosków – można go pokonać. Bez tego żadne maratony nie pomogą.
 
Na pewno czynnikiem potęgującym stres jest wykonywanie pracy, której się nie lubi. Dlatego pierwszym krokiem jest zastanowienie się, czy robimy to, co tak naprawdę chcemy. Z uwagi na moją zawodową drogę, prawie wszędzie będę odnosić się do podatków. Oczywiście to tylko przykład. Każdy może zastosować poniższe wskazówki do swojej specjalizacji. Słyszałam kiedyś wypowiedź pewnego chemika, który powiedział, że dla niego chemiczne symbole i wzory są jak nuty. Żeby nauczyć się grać na instrumencie, najpierw musimy je poznać. Dopiero też po opanowaniu jakiegoś poziomu, możemy czerpać radość z tego, co robimy, ponieważ dopiero wtedy możemy się swobodnie w danej dziedzinie poruszać. Całkowicie się z tym zgadzam. W moim przypadku tymi „nutami” są przepisy podatkowe. To ważne, żeby w pewnym momencie swojego życia móc powiedzieć – tak, coś potrafię. Uzasadniona pewność siebie w danej dziedzinie (a nie wynikająca jedynie z wybujałego ego) bardzo zwiększa odporność na stres. Czy dojście do tego etapu było łatwe? Nie, nie zawsze. Mimo to uważam, że było warto.
Dojrzałam też emocjonalnie do tego, że sprzedając jako mój produkt usługę niematerialną - postawiłam sobie za punkt honoru wykonanie tej usługi na wysokim poziomie. I w większym stopniu robię to dla siebie, niż dla Klienta. Moja praca wykonywana jest po coś. Klient zamówił moją usługę, ponieważ jej potrzebuje, a dodatkowo - obdarzył mnie zaufaniem, że wykonam ją dobrze. Deklaruje się za tę usługę zapłacić, a zatem sam musiał wcześniej zarobić pieniądze, czyli przeznaczył na to swój wysiłek i czas. Taka optyka naprawdę bardzo pomaga w pozytywnym nastawieniu do pracy - to kwestia szacunku do samego siebie, swojego czasu, drugiego człowieka i jego pieniędzy. A pozytywne nastawienie do pracy, to mniejszy stres.
W osiągnięciu mniejszego stresu może pomóc także zdrowa asertywność – tzn. realistyczna ocena swoich możliwości czasowych i intelektualnych, a co za tym idzie – wyznaczanie możliwych do realizacji terminów. Jeżeli wiesz lub czujesz, że nie dasz rady lub nie potrafisz czegoś wykonać – powiedz to. Przyjęcie na siebie niemożliwego do zrealizowania zadania – z powodu braku umiejętności asertywnego przedstawienia swojego stanowiska - to jedynie odsunięcie od siebie negatywnej emocji w postaci niezadowolenia klienta. Mamy za to pewność jak w banku, że ta negatywna emocja i tak do nas przyjdzie w momencie spóźnienia z wykonaniem zlecenia. Będzie za to podniesiona do potęgi n-tej w porównaniu z reakcją, z którą spotkalibyśmy się, oznajmiając uczciwie na samym początku, że zlecenie jest niemożliwe do wykonania w oczekiwanym terminie. Czyli trochę na własne życzenie generujemy stres. Dlatego tak ważna jest dobra, oparta na rzeczowych argumentach komunikacja.
Podążając tokiem myślenia Pani Lagarde można dodatkowo dojść do wniosku, że pracodawcy/ klientom w zamian za wynagrodzenie sprzedajemy nasz czas i nasze umiejętności (zarówno te twarde jak i te miękkie), ale nie nasze życie i naszą duszę. Zdarzało mi się spędzać przed monitorem długie godziny, zdarzyło się także i w nocy – aby dotrzymać terminu, wyznaczonego jako „ostateczny deadline”, a następnie okazywało się, że adresat mojego opracowania nie zajął się nim przez kolejne dwa-trzy tygodnie. Pokazuje to, że niektóre deadline’y nie zawsze są tożsame z terminami zawitymi, czyli takimi, których przekroczenie jest absolutnie niedopuszczalne, ponieważ spowodowałoby bezskuteczność czynności. Oczywiście nie namawiam nikogo do niedochowywania wyznaczonych terminów, ponieważ trzeba trzymać się reguł i szanować drugiego człowieka. Należy jednak pamiętać, że w momencie ustalania warunków – czasowych , ale także finansowych - powinno się szanować jeszcze jedną osobę - siebie.
Praca oznacza bardzo często dużą presję, ale dla mnie kluczowe było odkrycie, że tak naprawdę największą presję wywierałam sama na siebie. Teraz już wiem, że to tzw. czynnik wewnętrzny stresu. Bardzo lubimy doszukiwać się winnych naszej niekomfortowej sytuacji, podczas gdy najwięcej zależy od nas samych.
 
 
Chyba tak jesteśmy „programowani” od pierwszej klasy szkoły podstawowej - przynosimy świadectwa z czerwonym paskiem, uczestniczymy wrywalizacji na jak najwyższą średnią - chcąc tak naprawdę zadowolić innych (rodziców i nauczycieli) , zdobyć ich uznanie i pochwałę, ew. udowodnić naszą pozycję wobec koleżanek i kolegów. Ten model wyniesiony ze szkoły a potem ze studiów koduje się w naszych głowach tak mocno, że przenosi się później na pracę – i tu znowu chcemy zadowolić pracodawcę i/lub klientów oraz wypaść lepiej od koleżanek i kolegów. A ponieważ praca jest o wiele trudniejsza niż szkoła i studia, bo dochodzą prawdziwa odpowiedzialność, prawdziwa rywalizacja i prawdziwe pieniądze - nasz wysiłek, aby osiągnąć pożądany efekt musi być odpowiednio większy.
Pielęgnując w głowie swoje przekonanie, że wytężonym wysiłkiem możemy coś osiągnąć – pracujemy coraz więcej. W końcu osiągamy nasze cele (wyznaczone nam przez siebie lub innych), zarabiamy fajne pieniądze, za które możemy kupić więcej i więcej. Ale potem pojawiają się kolejne cele, na które znowu musimy pracować więcej. To niestety perpetuum mobile, samo się nakręca.
Może trzeba trochę popracować i pożyć w ten sposób, żeby zrozumieć, jak wyczerpujący jest model takiego funkcjonowania. Jako młoda osoba ja również dałam się na ten model nabrać. Pracowałam bardzo intensywnie, a odczuwany stres rekompensowałam sobie swobodą finansową, która pozwalała mi kupować różne rzeczy, nie będące jednak prawdziwymi potrzebami, lecz wyłącznie zachciankami chwili albo też próbą udowodnienia sobie (i innym?) , ile jestem warta.Wspomniałam, że te dwie dziedziny more eco i less stress okazały się dla mnie mocno zintegrowane. Dlatego powtórzę ten rewelacyjny cytat:

„THERE ARE TWO WAYS TO GET ENOUGH. ONE IS TO CONTINUE TO ACCUMULATE MORE. THE OTHER IS TO DESIRE LESS” – G.K. CHESTERTON

Pożądając mniej, wydajemy mniej pieniędzy, a zatem mniej ich potrzebujemy. To spojrzenie od strony wydatków. Od strony dochodowej - aby ograniczyć poziom stresu generowanego przez pracę, moglibyśmy mniej pracować, co wiązałoby się z tym, że mniej byśmy zarabiali. Nie chodzi mi jednak o to, że mamy obniżyć radykalnie swoje dochody i co za tym idzie odmawiać sobie wielu rzeczy – w tym także przyjemności. To byłoby namawianie do ascezy, a nie taki jest mój zamiar.
O wiele bardziej mam na myśli zwolnienie tempa życia, przyjrzenie się sobie i swojemu miejscu w świecie, a także o docenienie samego siebie i zaprzestanie udowadniania sobie i innym, ile jestem warta/ ile jestem wart.
 
 
Ktoś mógłby powiedzieć: no dobrze – czasami jednak znajdujemy się w uwarunkowaniach takich, a nie innych, stawiane są określone oczekiwania wobec nas, nie oszukujmy się, że funkcjonując w strukturach wielkiej korporacji mamy wpływ na panujący w nich model pracy. To prawda. Czasami nie możemy niektórych rzeczy zmienić. Możemy jednak spojrzeć na to inaczej – nikt nas siłą nie zmusił do podjęcia pracy w tej konkretnej organizacji, to my sami aplikowaliśmy o dane stanowisko. Zgodziliśmy się na warunki pracy, ponieważ przynosi nam ona jednak jakieś korzyści – stabilne wynagrodzenie oraz możliwość nauczenia się nowych rzeczy. Jeżeli potraktujemy nawet trudną i obfitującą w różnego rodzaju napięcia sytuację jako etap w naszym życiu, który musimy przejść, żeby zdobyć cenne przecież doświadczenia i konkretne umiejętności – optyka naszego położenia zmienia się.
To niesamowite, że Johann Wolfgang von Goethe  ponad dwieście czterdzieści lat temu wiedział, że tak będzie wyglądał XXI wiek ;-)
"Większość spędza w pracy przeważną część życia, by żyć, a owa znikoma cząstka wolności, jaka im pozostaje, napawa ich taką obawą, iż czynią co mogą, by jej się wyzbyć co prędzej." J.W. Goethe. "Cierpienia młodego Wertera." 
Praca w korporacji może być  bardzo pozytywnym i potrzebnym doświadczeniem, pod warunkiem, że nie pozwolimy odebrać sobie wewnętrznej wolności.
Ponieważ w zasadzie wszystko jest systemem, a każdy system dąży do osiągnięcia równowagi - w końcu za dobrą pracę przyjdzie godziwa zapłata – zarówno w wymiarze finansowym, jak i w wymiarze aprecjacji naszej osoby. Faktem jest, że czasem trzeba na to trochę poczekać i młodzi ludzie muszą się w tym względzie uzbroić w cierpliwość, ale na pewno sposobem na wzbogacenie się nie jest praca na akord, lecz po prostu wartościowa praca.
 
 
A co można zatem aktywnie ZROBIĆ, żeby zredukować stres w swoim życiu?

1. szanować swoje zdrowie - zdecydowanie na pierwszym miejscu jako czynnik zapobiegania stresowi.

Niestety istnieje sprzężenie zwrotne między stresem a kłopotami ze zdrowiem.
Stres powoduje kłopoty ze zdrowiem, a kłopoty ze zdrowiem potęgują stres.
Żeby wyrwać się z tego zaklętego kręgu, nie ma innego wyjścia, niż potraktować dbanie o swoje zdrowie jako priorytet.

„CHOĆ ZDROWIE NA PEWNO NIE JEST WSZYSTKIM, TO BEZ ZDROWIA WSZYSTKO JEST NICZYM” ARTHUR SCHOPENHAUER

Jeżeli będziemy źle się czuli albo jeżeli będzie nas coś bolało, to mimo jak najszczerszych chęci i mimo całego włożonego wysiłku nie osiągniemy dobrych wyników.  Fizyczne zdrowie jest warunkiem sine qua non efektywnego, długoterminowego funkcjonowania w życiu zawodowym. Pan Schopenhauer miał tu najzupełniej rację – bez zdrowia wszystko jest niczym. W pewnym momencie ani nie damy już rady intensywnie pracować, ani też nic, co tą ciężką pracą zdobyliśmy, nie będzie nas cieszyło. Oczywiście o wiele wcześniej przed nim do tej samej prawdy doszedł nasz Jan Kochanowski.
W wieku dwudziestu kilku lat, czyli takim kiedy wchodzimy na ścieżkę zawodowej kariery, myślimy, że problemy ze zdrowiem nas nie dotyczą, że jesteśmy z żelaza. Na pewno jednak w wieku tych dwudziestu kilku lat zaczynamy na swoje zdrowie pracować. Niestety właśnie w tym wieku często od własnego zdrowia ważniejsze są dobre wskaźniki KPI (key performance indicator). Zastanawiam się czasami – kto tym młodym, ambitnym ludziom włożył do głowy, że te KPI, te wszystkie tabelki i wykresy są najważniejsze. Bez względu na cenę.
Myślę, że nikt nie chciałby powiedzieć , że to właśnie w jego przypadku sprawdził się scenariusz: przez pierwszą połowę życia tracimy zdrowie, żeby zarobić pieniądze, a w drugiej połowie życia wydajemy te ciężko zarobione pieniądze, aby odzyskać zdrowie. Realizując ten scenariusz w pewnym momencie można niestety stwierdzić , że bilans wychodzi mniej więcej na zero. Czy warto – każdy musi sam sobie na to pytanie odpowiedzieć.
 
2.  powrót do natury - otaczanie się roślinami
 
Pracując w pięknych dziełach nowoczesnej myśli architektonicznej, czyli w biurowcach z oknami sięgającymi od podłogi do sufitu, ale za to takimi, których nie można otworzyć, wiele osób niestety dowiedziało się co oznacza termin sick building syndrom - syndrom chorego budynku. Zjawisko to związane jest najczęściej z bólami głowy, wysuszeniem błon śluzowych oczu, gardła i nosa, częstszymi infekcjami, a także z osłabieniem koncentracji.
Klimatyzowane powietrze krążące w obiegu zamkniętym, jasne jarzeniowe światło, promieniowanie elektromagnetyczne emitowane przez komputery, zapach tuszu z drukarek oraz wszechobecne Wi-Fi – to wszystko na pewno nie pomaga czuć się dobrze. Do tego dochodzą oczywiście zanieczyszczenia ogólne związane ze smogiem, a także formaldehyd wydobywający się z mebli a nawet ze ścian. Tak już jesteśmy ewolucyjnie stworzeni, że potrzebujemy powietrza, nieba, wody i zieleni. A w tych budynkach ze szklanymi ścianami na pewno właśnie tego nie znajdziemy. Jak już pisałam, nie jest dla mnie rozwiązaniem wyprowadzka w Bieszczady, gdzie tego powietrza, nieba, wody i zieleni miałabym pod dostatkiem. Na skutek splotu okoliczności takich a nie innych znalazłam się i zamieszkałam w Poznaniu. I tu na razie żyję. Tak samo mogą powiedzieć osoby mieszkające w Warszawie, Krakowie czy Wrocławiu.
 
 
Nie jest jednak tak, że nie można zrobić nic. Z pomocą mogą przyjść rośliny hodowane w biurze. Na szczęście coraz więcej pracodawców dostrzega kojący wpływ, jaki wywierają rośliny na samopoczucie pracowników. I nawet, jeżeli pracodawca nie zdecyduje się na rewelacyjne rozwiązanie, jakim jest tzw. zielona ściana, to przynajmniej nie powinien mieć nic przeciwko, aby pracownicy przynieśli swoje własne rośliny doniczkowe.
Naprawdę każda mała roślinka ma znaczenie, ponieważ pochłania dwutlenek węgla, wytwarza tlen, a także absorbuje promieniowanie elektromagnetyczne i zmienia jonizację powietrza na ujemną. NASA stworzyła nawet spis 18 roślin o szczególnych właściwościach, pomagających w usuwaniu zanieczyszczaniu powietrza:
Polskie nazwy roślinek przedstawiają się następująco:
daktylowiec niski, nefrolepis wyniosły (paproć), nephrolepis obliterata (paproć mało znana w Polsce), zielistka Sternberga, aglaonema, chamedora (palma), figowiec benjamina, epipremnum złociste, flamingo lily (antrium), lirope szafirkowata, palma biczowa, gerbera Jamesona, dracena wonna, bluszcz pospolity, sansewieria gwinejska (wężowiec), dracena, skrzydłokwiat i chryzantema.
Rośliny – do tego, że nam konkretnie pomagają – są po prostu piękne i lepiej się czujemy w ich towarzystwie. O kojącej mocy zieleni można by pisać bardzo dużo.
 
 
Oprócz przyniesienia kliku roślinek, pracując w biurze, nie mamy niestety za dużo możliwości aranżacji warunków swojej pracy. Dowolnie możemy za to dysponować czasem poza pracą. I tu można się zastanowić, czy mamy ochotę spędzić wieczór w galerii handlowej, czy może zamówić zakupy online, a w zaoszczędzonym czasie pójść na spacer do parku. W zamkniętych pomieszczeniach przebywamy i tak zdecydowanie za długo.
 
3. Intuition vs. Ratio - wyostrzenie intuicyjnego postrzegania świata 
 
Jesteśmy przyzwyczajeni do racjonalnego analizowania problemów oraz wyciągania logicznych wniosków. Przekłada się to oczywiście na podejście do pracy.
 
Tymczasem:

„Intuicyjny umysł jest świętym darem, umysł racjonalny jest jego wiernym sługą. Stworzyliśmy społeczeństwo, które szanuje sługę a zapomina o darze.” Albert Einstein
 
Pan Einstein był geniuszem i zapewne wiedział, co mówi. My możemy jedynie Go posłuchać  i pozwolić naszej intuicji do nas dotrzeć. Żeby jednak intuicję usłyszeć,  nie możemy mieć w głowie zbyt dużego chaosu oraz natłoku spraw i myśli. Niestety stres i presja czasu potrafią zagłuszyć to, co intuicja chciałaby nam powiedzieć . Bardzo lubię porównanie ludzkiego mózgu do dysku twardego komputera. Nasz komputer też czasem potrzebuje trochę czasu, aby uzyskać wynik - przetwarza w tym czasie zgromadzone dane. Tak samo jest z mózgiem – on również musi sobie zgromadzone w nim informacje przetworzyć. Niestety - zostawiając ważne i trudne opracowanie na „za pięć dwunasta” - nie dajemy mu na to szansy. Ja oczywiście nie odpowiem na żadne trudniejsze pytanie z dziedziny fizyki czy biologii, ponieważ w mojej głowie nie są zapisane żadne zaawansowane informacje z tych dziedzin, a tę podstawową wiedzę, którą wyniosłam ze szkoły, już dawno zapomniałam. Czyli nie ma się co w moim mózgu przetwarzać. Za to z podatkami sprawa wygląda zupełnie inaczej (w moim przypadku będą to podatki, a dla kogoś innego – jego dziedzina, w której się specjalizuje). Pracując profesjonalnie z danym materiałem przez 10 lub więcej lat w naszej głowie gromadzi się naprawdę duża ilość wiedzy. Mimo to często nie znam ad hoc odpowiedzi na złożone pytanie i jest to całkowicie normalne. Zdarza się, że analizując dogłębnie jakieś zagadnienie, mam do wyboru dwa lub więcej wariantów postępowania, przy czym każdy z tych wariantów może przynieść skutki rozbieżne od pozostałych. W takich sytuacjach pozwalam przetworzyć się zgromadzonym informacjom - najlepiej przez kilka dni. Rozwiązanie najczęściej przychodzi samo, zazwyczaj podczas spaceru. Nie potrafię tego zjawiska wytłumaczyć. Nie przejmuję się tym jednak zbytnio, ponieważ moja zawodowa intuicja na szczęście do tej pory mnie nie zawiodła. Mogę mieć jedynie nadzieję, że będzie tak dalej.
 
4. wyjazd/ dystans

Świat jest piękny i nieskończenie ciekawy. Jak można nie chcieć widzieć nic więcej od czubka własnego nosa i swojego najbliższego otoczenia? Nigdy, przenigdy takiej postawy nie zrozumiem, a naprawdę są  ludzie, którzy taką postawę reprezentują. Oprócz tego, że podróże dają nam możliwość poznania nowych miejsc i ludzi, jest jeszcze jeden aspekt. To trochę niewyjaśnione, ale odległość fizyczna daje naprawdę spory dystans psychiczny do codziennych spraw. Całkowicie zmienia się skala – problemy, które wydawały się nam Alpami nagle bardziej przypominają Karkonosze. Dziwnym trafem w trakcie wyjazdu lub bezpośrednio po nim jakoś samo pojawia się rozwiązanie problemu, który dręczył nas czasami przez lata. Oczywiście dotyczy to też stresowych sytuacji w pracy. Ale nie tylko :-)
 
5.  humanistyka vs. matematyka i nowe technologie
 
Absolutnie nie umniejszam roli matematyki, ponieważ to niej zbudowany jest świat. Zadziwiające jest, że także ten naturalny, jeżeli się mu dokładnie przyjrzeć. W zasadzie cały świat oparty jest na matematyce i fizyce.
 
 
Na matematyce oparte są także (chyba lepiej byłoby powiedzieć przede wszystkim) nowe technologie, z których wszyscy korzystamy. Oczywiście użytkownika interesują tylko możliwości urządzenia, np. jak zrobić jeszcze lepsze zdjęcie, ale pod spodem tego efektu końcowego kryją się skomplikowane algorytmy. Większość tych technologicznych dobrodziejstw powstała w Dolinie Krzemowej i została zaprojektowana przez osoby o matematycznym IQ absolutnie nieosiągalnym dla przeciętnego docelowego użytkownika tych technologii. Czytałam, że kolejną po smartfonie rewolucją w naszym życiu ma być stworzenie -a raczej upowszechnienie, bo ona już jest- rzeczywistości rozszerzonej – czyli takiej, w której realny świat przenika się z tym wirtualnym. (Coś takiego było już widoczne chociażby na przykładzie gry Pokemon Go!) Oznacza to, że będziemy potrzebować mniej rzeczywistych przedmiotów, mając do dyspozycji ich wirtualne -czyli cyfrowe- zamienniki. Oznacza to jednak także, że ci matematyczni geniusze naprawdę tworzą nam świat. Nasz świat. Czy namawiam do zaprzestania stosowania nowoczesnych technologii? Nie, to raczej niewykonalne. Ale można zrobić coś dla równowagi.
Nie bez powodu to uniwersyteckie wydziały humanistyczne, a nie techniczne są uważane za kolebkę wszelkich libertyńskich myśli. Bo humanistę dużo rzeczy w duszy boli, uwiera. Na pewno boli go zbyt duża kontrola, próba ograniczania jego osobistej, czy obywatelskiej wolności. Ponieważ humaniści generalnie poruszają się w niedookreśloności – także oni sami nie dają się ograniczać sztywnymi ramami – na żadnej płaszczyźnie. Wcale nie muszą np. zgadzać się z tym, że 2+2 zawsze równa się 4, czyli że liczby (a idąc dalej matematyka i stworzone dzięki niej nowe technologie) muszą być zawsze ostro określone. Nie odnosząc tej zasady do jednostki, bo nie chcę nikogo urazić - osoby o umysłach ścisłych potrafią naprawdę zachwycić się możliwościami, które daje technologia. Z racji wrodzonych predyspozycji sprawniej i chętniej z nich też korzystają. I jak wynika z moich obserwacji – nie przeszkadza im aż tak bardzo, że technologiczny Wielki Brat w zasadzie wszystko o nich wie i niestety – steruje także ich wyborami. Coś za coś – w sensie nieskończone możliwości i ułatwienie życia w zamian za zgodę na kontrolę. Humaniści czasem mają problem już na etapie konfiguracji jakiegoś urządzenia, nie korzystają też ze wszystkich dostępnych funkcji i może dlatego aż tak bardzo tych technicznych nowinek nie lubią. Ale może za to pod skórą lepiej wyczuwają, że ten technologiczny świat to matriks, który ktoś nam stworzył, a nie prawdziwe życie.
 
 
Naprawdę uważam, że remedium na ten nowy cyfrowy świat może być stara dobra książka i dobra rozmowa z drugim człowiekiem. Dobra, czyli pogłębiona. A żeby była pogłębiona – trzeba się do jakiegoś kanonu wartości odnosić. I nie chodzi o to, żeby dwoje ludzi czytało te same książki. Tylko po prostu- żeby czytali. Literatura poszerza horyzonty, otwiera głowę, uwrażliwia, każe nam odpowiedzieć na pytania, przed którymi stali bohaterowie w obliczu moralnych dylematów. Czyli każe myśleć. Za to nowe technologie bardzo chętnie nas w tym wyręczają … Czas pokaże, co z tego wszystkiego wyniknie. Na pewno jednak w humanistyce w centrum zainteresowania zawsze znajdował się i – miejmy nadzieję – pozostanie człowiek. A w nowych technologiach? Obawiam się, że niekoniecznie.
 
Life is too short to read wrong books
 
A żeby nic nie czytać, to już w ogóle dla mnie nie do wyobrażenia ;-)
Co to wszystko ma wspólnego ze stresem? To, że także w pracy mamy wystarczająco dużo do czynienia z aplikacjami, programami, raportami, tabelkami. To wszystko pracę dehumanizuje, ponieważ ogranicza kontakt z drugim człowiekiem, a także bardzo wysoko podnosi nam poprzeczkę. Patrząc realnie, jeżeli chodzi o efektywność pracy i minimalizację ilości pomyłek, w starciu z komputerem nie mamy najmniejszych szans. To wszystko oczywiście potęguje w nas stres. Dlatego może przynajmniej w wolnym czasie dobrze jest od tych wszystkich cudownych technologii odpocząć
 
6. umiarkowana aktywność fizyczna
 
 
Bo w zdrowym ciele zdrowy duch – to tak oczywiste, że w zasadzie nie wymaga większego komentarza.
 
7. mały wypad do spa też potrafi bardzo fajnie odstresować ;-) 
 
Katalog jest oczywiście otwarty, każdy może dodać do niego to, co jemu akurat pomaga.
Znowu nie odkrywam tymi typami Ameryki. Te wskazówki mogą wydawać się bardzo proste, wręcz banalne. Ale może lepiej przynajmniej spróbować tych lub innych banałów, niż radzić sobie ze stresem za pomocą alkoholu lub jeszcze mocniejszych używek. Albo mocniejszych rozrywek.
 
Najważniejsze to nie pozwolić odebrać sobie wewnętrznej wolności. I pamiętać, że znaczenie mają: życie, śmierć i miłość. Gdy się to zrozumie – żadne maratony, ale też alkohol, mocniejsze używki tudzież mocniejsze rozrywki nie będą potrzebne.
 
I chyba jeszcze coś: „Bądź sobą. Wszystkie inne role są już obsadzone” Oscar Wilde.
 
Copyright ©2018 STB OFFICE, All Rights Reserved.
free website
built with
kopage